środa, 1 maja 2019

{Randka w Starym Kinie}


A gdyby tak uciec od codzienności chociaż na chwilę? Na kilka dni? Na weekend? Zmienić otoczenie, zobaczyć nowe miejsce, odetchnąć innym powietrzem? Pobyć w fajnym miejscu, wyspać w wygodnym łóżku, zjeść coś czego się dotąd nie jadło i zapomnieć o troskach dnia codziennego? Taka ucieczka na wieś, w ciszę i spokój? A może by tak zrobić to na odwrót i uciec do... wielkiego miasta? Takiego, które doskonale wie, jak unosić się na fali? 

Całą drogę próbowałam sobie przypomnieć, jaki tytuł miał pierwszy w życiu obejrzany przeze mnie film. Niestety zupełnie nie pamiętam... (pamiętam natomiast pierwszy horror, podglądany przez przymknięte powieki. Miałam wtedy 5 albo 6 lat, tata siedział w fotelu i oglądał w telewizji wielkie, glutowate coś, co pochłaniało wszystko na swojej drodze. Myślał, że ja i moja siostra już dawno śpimy. ;)) A Ty? Pamiętasz swój pierwszy film?







Łódź przywitała nas szklaną pogodą, ale ten chłodny uścisk dłoni na powitanie wcale nas nie zniechęcił. Bo miejsce, w którym przyszło nam się ogrzać i spędzić weekendową randkę, jest z pewnością gorącym punktem na mapie miasta. 

Wyobraź sobie: słynna Piotrkowska, kamienice pamiętające najjaśniejsze i najciemniejsze wydarzenia historii. W jednej z nich, zaprojektowanej przez znanego łódzkiego architekta - Gustawa Landau Gutentegera - pod numerem 120, w 1899 roku bracia Władysław i Antoni Krzemińscy otworzyli pierwsze, stałe kino na ziemiach polskich. „Gabinet Iluzji”, bo tak się nazywało, był drugim kinem na świecie, zaraz po stworzonym przez braciach Lumiere we Francji. Czujesz ten klimat?  To wyobraź sobie, że teraz, 120 lat później, możesz spędzić noc (lub tyle nocy, na ile masz ochotę) w hotelu, który nie tylko zachował charakter starego kina, ale także reaktywował tradycję i oferuje swoim gościom seanse w kameralnej sali kinowej. Brzmi interesująco? :) To Aparthotel Stare Kino







Filmowy charakter hotelu wita gości już od wejścia - w całym budynku ściany ozdobione są plakatami klasyki światowego i polskiego kina. Każdy apartament ma swój niepowtarzalny klimat i temat przewodni - jeden z wzorcowych filmów. Do wyboru jest więc, między innymi, pokój "Va Bank", "Flip i Flap", "Chłopcy z ferajny", "Buntownik bez powodu", "Ojciec Chrzestny", "Przeminęło z wiatrem", "Wielki Gatsby", "Śniadanie u Tiffany'ego", "Deszczowa piosenka", "Kingsajz"... i kilka innych. A każdy z nich wart jest uwagi.

My mieliśmy to szczęście, że zatrzymaliśmy się w apartamencie, którego wystrój nawiązywał do jednego z moich ulubionych filmów: "Śniadanie u Tiffany'ego". To całkiem wygodne, mieszczące się na 2 piętrze kamienicy, 30 metrów kwadratowych zrobiło na nas bardzo dobre wrażenie. Jeśli czytasz mojego bloga już jakiś czas, to wiesz, że mam słabość do mieszkań tego typu. Wysokie stropy, ogromne okna, drewniane podłogi... wszystko to ubóstwiam. I wszystko to znalazłam na miejscu.

Apartament, oprócz bardzo fajnego wyposażenia, oferuje doznania natury estetycznej. Wspaniale było pić poranną kawę (ja oczywiście herbatę) oraz czytać lokalną prasę w łóżku z widokiem na kultową scenę pocałunku filmowych Holly i Paula. Poczuliśmy się trochę jak drugoplanowi aktorzy - na szczęście bez publiczności, w intymnej i przytulnej atmosferze. ;)










Ale zanim poszliśmy spać (i mieliśmy okazję obudzić się z wyżej wspomnianym widokiem), skorzystaliśmy z zaproszenia na seans filmowy w maleńkim, prywatnym kinie oraz kolację w przyhotelowej restauracji - Stare Kino by Antoine Lopez. Restauracja wyglądała tego wieczora nieco inaczej, niż zazwyczaj, bo przy stoliku obok odbywała się huczna, urodzinowa impreza. Ale zupełnie nie przeszkadzało to w odbiorze dań i klimatu miejsca.

Fabryczny, nieco surowy styl lokalu świetnie przełamują neonowe obrazy, przedstawiające różne rasy psów. Otwarta na gości kuchnia to widowisko godne niejednego telewizyjnego programu kulinarnego. Dania przygotowane przez szefa kuchni, Antoine Lopeza, zjawiały się na stoliku po kilkunastu minutach od zamówienia i smakowały tak, że... no właśnie! Udało mi się za jednym zamachem zrealizować dwa punkty z mojej >>> kwietniowej listy <<<!
Nie tylko wyjechałam na weekend, ale też zjadłam coś, czego nigdy wcześniej nie jadłam. Co powiesz na "Łódzką zupę gruszkową"? Podana z pieczoną gruszką i prażonymi migdałami - smakowała tak, jak nic, co do tej pory miałam okazję próbować. Jednocześnie słona i słodka. Ostra i delikatna. Dziwna i fantastyczna. Całkiem miłe doznanie! :)

R. zjadł krem z grzybów leśnych z espumą z bekonu. Nie pytaj mnie, co to jest espuma - tak, jak i prawdopodobnie Ty, musiałam sprawdzić w słowniku. ;) Nasze nieobeznane z restauracyjnym slangiem kubki smakowe stwierdziły, że to wszystko jest po prostu pyszne. Pozostałe dania (Gravlax z łososia wędzonego w zielonej herbacie, sałata z kozim serem - wiadomo dla kogo ;) oraz karkówka z jelenia z sosem grand veneur - wybór R.) były równie smaczne. Idealnie dobrane białe wino (Chai des bordes blanc 2015) podgrzało tylko atmosferę. Ale na deser nie znaleźliśmy już miejsca. Trochę żałuję, bo w restauracji trwał właśnie w najlepsze festiwal czekolady i z pewnością doznałabym jakiegoś #foodgasmu z tej okazji. ;)









W kinie spędziliśmy nieco czasu tuż przed i w trakcie seansu - "Pół żartem, pół serio" znam niemal na pamięć, wolałam więc tym razem rozejrzeć się dookoła. Klimat kina jest niesamowity i chociaż dziś filmy puszczane są z podłączonego do rzutnika komputera, możesz obejrzeć projektory (nadal działające!), dzięki którym dawni Łodzianie cieszyli oczy ruchomymi obrazkami. Jeśli skorzystasz kiedyś z oferty Hotelu Stare Kino, to koniecznie zajrzyj do kina, usiądź wygodnie w czerwonym fotelu i delektuj się seansem.







W niedzielę, gdy już udało nam się wyrwać (niechętnie) z objęć bajecznie wygodnego łóżka, zeszliśmy do restauracji nie tyle na śniadanie (choć było wliczone w pobyt), ile żeby odwiedzić jeszcze jedną salę - galerię plakatu filmowego. Powiem Ci, że chętnie bym kilka z tych posterów powiesiła na ścianie w naszym domu. :)
A później... później pożegnaliśmy się grzecznie, podziękowaliśmy za pobyt i wróciliśmy do domu z myślą, że fajnie czasem uciec od codzienności do... wielkiego miasta! Ale dobrze jest też wrócić do siebie. Prawda?

Uściski, k.






Wpis powstał we współpracy z Aparthotel Stare Kino Cinema Residence w Łodzi.
Dziękuję za zaproszenie! :) 
k.

9 komentarzy:

  1. Ależ niesamowite miejsce! Super!
    Dzięki za info, że istnieje coś takiego - muszę się tam wybrać kiedyś!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam, nie ze względu na współpracę. Polecam, bo naprawdę przyjemnie spędziliśmy tam czas i warto odwiedzić to miejsce. Ma niesamowity klimat. :) Buziaki!

      Usuń
  2. Nie pamiętam pierwszego filmu,który obejrzałam.Ale kino kocham.
    Audrey Hepburn uwielbiam i widziałam z nią wszystkie filmy.
    Niezwykle klimatyczne miejsce polecasz, bardzo takie lubię.Przez Łódź zazwyczaj przejeżdżam, nie zatrzymując się w tym mieście.Gdybym się zatrzymała w tym hotelu, czekałoby na mnie mnóstwo wrażeń, inny świat.
    Czasami bardzo potrzebna jest taka ucieczka od codzienności.Muszę zapamiętac adres. W starym kinie jeszcze nie spałam-)
    W takiej restauracji też nie,chociaż kilka razy byłam na seansach w kinie połączonych z kolacją.
    Dzięki za ten wpis i zdjęcia oddające filmową atmosferę.
    Pozdrawiam-)
    Irena-Hooltaye w podróży

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że mogłam pomóc w odkryciu ciekawego miejsca na mapie Polski. Kto wie, może następnym razem nie będziesz już tylko przejazdem w łodzi, ale spędzisz miły wieczór i noc w tym właśnie hotelu? :)

      Usuń
  3. Ja pamiętam swoją pierwszą wizytę w życiu w kinie... niestety tego miejsca już nie ma :(

    OdpowiedzUsuń
  4. Przepiękne miejsce! A i jedzenie wygląda niesamowicie!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za Twój czas i komentarz. :)

Ps. bardzo proszę bez spamowania w komentarzach linkami do stron firmowych - to nie przejdzie. ;)