środa, 13 stycznia 2021

{styczniowa dycha, czyli 10 rzeczy, które zrobię w styczniu}


Nadszedł czas na pierwszą kozią dychę w tym roku. Przypada ona na styczeń, wiadomo, a styczeń w tym roku jest ekscytujący już od pierwszego dnia. Nie, żebym tutaj przeprowadzała jakieś wielkie rewolucje i brnęła w postanowienia noworoczne. Co to, to nie! Nie jestem fanką stawiania sobie wygórowanych wymagań tylko dlatego, że cyferka na końcu daty przeskoczyła o oczko wyżej. Jestem natomiast fanką celów długoterminowych oraz robienia list z pomysłami na różne aktywności - dlatego właśnie w 2019 roku stworzyłam pierwszą kozią dychę

Jakie pomysły, sugestie i wydarzenia znalazły się na tegorocznej, pierwszej liście? 


1. Powitam nowego członka rodziny!

Prrrr, wstrzymaj konie gratulacji! To nie ja zostałam mamą! Zyskałam natomiast jakże fantastyczną i zabawną rolę babci ciotecznej. Ciociobabci. Ciuciubabki, jak to określiła jedna z moich instagramowych Obserwatorek. 

Mam stosunkowo niedużą rodzinę i staramy się wszyscy trzymać blisko, dlatego dzieci mojej siostry są dla mnie niemalże, jak moje własne. Co za tym idzie: dzieci dzieci mojej siostry - także. :) Gdy okazało się więc, że w 2021 roku pojawi się na świecie pewien Jegomość, który zasili męską część naszej familii, można powiedzieć, że skakałam z radości! Czy ktoś to widział? Być może. Ale mam nadzieję, że nie nagrał. ;) 

W każdym razie, 8. stycznia 2021, o godzinie 10:40, pojawił się na świecie Pan I. i wywołał, zwłaszcza u damskiej części rodziny, niezłe zamieszanie swoją kędzierzawą blond czupryną! Mamo Pana I., tato Pana I., serdecznie gratuluję! A Ty, Młody (każdy najmłodszy członek rodziny ma taką ksywę, sorry), rośnij zdrowo i daj starszym czasem popalić pospać. ;)


2. Zmienię kod, dokument oraz zdjęcie profilowe.


Kto się urodził w styczniu.... palec do budki, powstań, powstań, powstań i co tam jeszcze. No, to ja. (Koza domowa nie wzięła się wcale od kury domowej, wzięła się od zodiakalnego Koziorożca oraz chęci prowadzenia bloga wnętrzarskiego, co z różnym skutkiem możesz na niniejszych stronach obserwować).

Oprócz tego, że zmieniła mi się druga cyferka i od nowa muszę się uczyć, ile mam lat, to jeszcze dowód osobisty mi się skończył. I wszystkie fajne zdjęcia profilowe w społecznościówkach. ;) Wszystko do wymiany, na dodatek od razu w styczniu! Czy mój ból jest większy, niż... sam(a)wieszkogo? ;)

Największą traumą, oczywiście, okazało się zrobienie zdjęcia do nowego dowodu osobistego. Mam to od dziecka - nie cierpię bywać na zdjęciach, jak ktoś mi robi zdjęcia, sama sobie też nie nie robię. (No, może czasem z R., w jakichś fajnych miejscach, żebyśmy mogli na starość powspominać.) A jeszcze ta myśl z tyłu głowy "ogarnij się, bo przez kolejne 10 lat będziesz pokazywać na poczcie dowód zasłaniając zdjęcie palcem" jest taaaaaki pomocny. ;) Cóż, szykuje się kolejna dekada udawania, że ta #bitchface to wina fotografa, bo w złym momencie wcisnął guzik. :P



3. Rozpalę ogień!


Ognisko, zimowe, w śniegu i mrozie, na naszej działce pod lasem. Czy muszę coś dodawać? ;) No, muszę. Bo to ognisko, które rozpaliliśmy wczoraj, to był mój najlepszy prezent urodzinowy w tym roku! Bliskość w czasach pandemii ma ogromne znaczenie, dlatego doceniam, że choć tylko we dwoje - mogliśmy się poprzytulać i pogapić w płomienie.  

Czy śnieg sypał tak, że rozpalenie ognia graniczyło z cudem? Tak. Czy zapalniczka przestała działać, choć przed wyjściem z domu działała? Owszem. Czy było tak ciemno, że wylałam na siebie 1/3 gorącej herbaty z termosu, bo nie zauważyłam, że kubek jest już pełny? Być może. ;) Ale urodzinowe ognisko  pod lasem - bezcenne.


4. Ulepię bałwana!


Nawet kilka! Pierwszy bałwan, z maseczką, a jakże, stanął tuż obok naszych sosen tydzień temu. Wczoraj widziałam, że już się przewrócił (pewnie pod naporem nowego, ciężkiego i mokrego śniegu, który pada u nas od kilku dni). To nic, zbudujemy nowego. Może tym razem nawet wezmę z domu marchewkę? ;) 




5. Przetestuję śniegowce!


Jakieś 1,5 roku temu kupiłam w miejscowym second-handzie z odzieżą ze Skandynawii zupełnie nowe, nienoszone, zapakowane jeszcze w folię śniegowce. Wielkie i lekkie, ciepłe i śliczne buciory w kolorze koniaku. Poprzednia zima niestety należała do tych zupełnie bezśnieżnych, ale w tym roku okazji do testowania mojego zakupu mam aż nadto! I bardzo się z tego cieszę. Warto było wydać te 25 złotych, czy coś koło tego. Mogę wchodzić w zaspy sięgające prawie do kolan i nadal cieszyć się ciepłymi i suchymi stopami. :D 




6. Zaopiekuję się kredensem.


"Nadejszła wiekopomna chwila" - jak to mówi Pawlak w Samych Swoich. Zabieram się za odnowienie kredensu! Mam już gotowy plan działania, wspierać w moich pracach będzie mnie fajna marka i już nie mogę się doczekać, aż pokażę Wam efekt końcowy! 

Ale zanim to nastąpi (celuję we wpis na początku lutego), czekają mnie odwiedziny u szklarza, godziny, a może nawet dni szlifowania, ostateczny wybór koloru i zamówienie farby, wybór gałek meblowych, proces malowania, a później przestawiania, ustawiania, aranżowania, zdjęć i pisania. Duuuuużo pracy, ale pracy którą uwielbiam! 

Trzymaj kciuki, bym to dobrze zmalowała... ;) 


7. Zorganizuję się na nowo!


Ostatnie dwa-trzy miesiące 2020 roku to był chaos. Chaos w sferze pracy. Wszystko wywróciło mi się do góry nogami, doszły nowe zadania, nowe wyzwania i nie do końca mogłam sobie poradzić z zarządzaniem swoim własnym czasem. 

Odbieranie wiadomości i telefonów po 23 (albo, co gorsza, przed 8 rano ;)), brak jasnych zasad i oczekiwań oraz zaburzenie rytmu dnia z takich, czy innych powodów zaowocowały małym stresem i robieniem wszystkiego po trochu. Strasznie tego nie lubię. ;) Lubię mieć poukładane sprawy służbowe, wiedzieć na czym stoję, co mam robić i jak mam to robić, no i kiedy mam to robić. ;) 

W styczniu zamierzam więc wrócić do sprawdzonego już wcześniej sposobu planowania i obsługi klientów. Do moich zasad, dzięki którym moja praca była wydajna, a ja nie byłam zmęczona i zdezorientowana. Taki jest plan. Trzymaj kciuki! 




8. Uzupełnię zeszyt!


Wiesz, mam taki gruby zeszyt (być może już o nim wspominałam), w którym zapisuję wszystkie inspiracje dotyczące urządzania wnętrz i ogrodu wokół naszego przyszłego domu pod lasem. Wklejam tam też zdjęcia z magazynów, screeny z inspirujących domów znalezionych na instagramie czy blogach. 

Najpierw zapisywałam tam moje wyobrażenia o tym, jak dom ma wyglądać z zewnątrz, jak chcę się czuć patrząc na niego, z jakich materiałów ma być stworzony. Teraz, gdy projekt domu mamy już zamknięty i grzecznie czekamy (patrz punkt 9) na to, jak się sprawy dalej potoczą, wracam do opisywania wymarzonych wnętrz. Czyli do najprzyjemniejszego etapu. Chciałabyś/chciałbyś poczytać o tym coś więcej? A może nawet zobaczyć fragmenty owego zeszytu? 



9. Będę cierpliwie czekać.


Na co? Na to, na co nie mam wpływu, a poczekać muszę. Czyli na przykład na pozwolenie na budowę. 4 wielkie teki złożone w grudniu, czekają sobie w urzędzie na swoją kolej. Czy zrobiłam wszystko, by trafiły tam przed końcem roku? Tak. Czy mogę przyspieszyć procedury? Nie. No to czekam. :) 

Dopiero, gdy ten etap się zakończy, będę mogła znów działać i czekać dalej, na zmianę: szukać wykonawcy i czekać na wycenę plus wolny termin. I tak dalej, i tak dalej... Generalnie mam wrażenie, że budowa domu będzie bardzo ekscytującym zajęciem, złożonym głównie z podejmowania decyzji "na już" oraz naszego czekania. ;) Co o tym myślisz? Może masz już taką budowę za sobą i coś nam podpowiesz? 




10. Urządzę swój kokon.


Wpadło mi ostatnio w oko takie zdanie: Introwertycy bardzo chcą i lubią być zapraszani na imprezy, ale nigdy nie mogą dać gwarancji, że się na nich pojawią. To totalnie o mnie! Przez długi czas miałam problem z tą częścią siebie, która nagle stwierdzała, że jednak nie dam rady z kimś się spotkać, pójść w jakieś miejsce, przyjąć na klatę kolejną porcję zewnętrznych bodźców, na które nie do końca mam chęć czy nawet czasami odebrać telefonu. Tak, wolę, gdy się do mnie pisze. (No chyba, że rozmawiam z kimś bliskim, to wtedy luz. Zdarzyło mi się dwa dni temu przegadać ponad 2 godziny z kumplem. I to jest cenne. Ale zdarza mi się też od kumpla czy kumpelki nie odebrać. Nie mówiąc już o obcych numerach, gdy akurat nie czekam na kuriera. ;) )

Później, gdzieś na fb, wpadłam na tekst mówiącym o tym, że może to nie introwertyk powinien wychodzić ze swojej strefy komfortu, skoro się w niej dobrze czuje, tylko ekstrawertyk nie powinien się do tej strefy wpychać za wszelką cenę? Ciekawe, prawda? 

Świat obiegła jakiś czas temu moda na wychodzenie ze strefy komfortu - na siłę, poszerzanie horyzontów - na siłę, zmuszania się do robienia rzeczy - na siłę - które rzekomo mają sprawić, że życie będzie piękniejsze. A co, jeśli to w mojej strefie komfortu to życie jest piękne? I nie chcę się stąd ruszać - na siłę? Przecież mogę i doświadczam świata na swoich zasadach, na swój sposób, nie zmuszając się do robienia rzeczy, które wywołują ogromny dyskomfort. I wiesz, nie chodzi o to, żeby nagle zamknąć się w dziupli i z niej nie wychodzić. Wtedy potrzebna będzie pomoc specjalisty, bo żadna skrajność nie jest dobra. Ale posiadanie takiej twierdzy, oazy, schronienia, z którego można wyjść i od którego można wrócić, gdy jest taka potrzeba, uważam za konieczne. 

Okazuje się, że kokoniarstwo czy kokonizm (dzięki, P., za podsunięcie tego tematu!) to całkiem stary wymysł. Jego pierwsze oznaki widziano już podczas zimnej wojny w USA. Człowiekowi, w gonitwie za postępem, zwyczajnie zabrakło tchu. Poczuł brak przestrzeni do spokojnej, odrębnej egzystencji. Oczywiście nic w za dużych dawkach nie jest zdrowe, a ludzie są zwierzętami stadnymi. Ale gdy zbyt wiele bodźców zewnętrznych zaczyna nam doskwierać - warto mieć swój azyl. Namacalny kontakt z innymi ludźmi stanowi podstawę naszej witalności i szczęścia, ale gdy dzieje się zbyt dużo, zbyt intensywnie, po prostu zamykam drzwi mojej twierdzy, moszczę się w moim kokonie wygodnie i odpoczywam. Nabieram sił na kolejne spotkania, rozmowy, zadania związane z pracą, ale też przyjemności, jak spotkania z przyjaciółmi. Uważam jednak, by nie przekroczyć tej cienkiej linii między pożądanym ładowaniem baterii a całkowitym odizolowaniem się od zewnętrznego świata i ludzi. 




Tak, zdecydowanie mam swój kokon, z którego lubię od czasu do czasu wyjść. A Ty? Co o tym myślisz?
Jak zwykle z niecierpliwością czekam na Twoje spostrzeżenia w sekcji komentarzy. Czy któryś z punktów przypadł Ci szczególnie do gustu? A może uważasz, że jest bez sensu? Daj mi koniecznie znać, porozmawiajmy! :) No i dobrego stycznia!

Uściski, k. 

9 komentarzy:

  1. Powodzenia w tych wszystkich punktów! Mam nadzieję, że każdą rzeczy uda Ci się zrealizować. Oby ten miesiąc był udany!

    OdpowiedzUsuń
  2. Powodzenia w realizacji 10chy :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Trzymam kciuki w realizacji postanowień! Dużo wytrwałości ;) Trzymam kciuki :D

    OdpowiedzUsuń
  4. O gratuluje nowego i chociazby ciotecznego czlonka rodziny, w rodzinie sila. Wyobrazam sobie, ze praca zdalna, kiedy swiat stanal na glowie tez troche staje na glowie i w godzinach w ktorych zwyczajowo nie ma nas w pracy, jestesmy dostepni w pracy zdalnej. Po prostu miejmy nadzieje, ze to sie kiedys ureguluje i ustabilizuje. Oby. Pozdrawiam serdecznie Beata

    OdpowiedzUsuń
  5. Super plany! Powodzenia w ich realizacji :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ciekawy pomysl z lista rzeczy do zrobienia w danym miesiacu. Moze tez powinnam taka zrobic? Sprobuje :). Interesujaca refleksja na temat kokonu i wychodzenia ze strefy komfortu. Dla mnie obie rzeczy moga wspolistniec. Wedlug momentu i nastroju. I nigdy nic na sile. Tylko to, na co jestem gotowa. Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  7. Powodzenia! Ja zawsze planuję zrobić sobie taką listę, a potem zanim się obejrzę to już mamy kolejny miesiąc ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ambitny plan na styczeń. Trzymam kciuki za jego realizację :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za Twój czas i komentarz. :)

Ps. bardzo proszę bez spamowania w komentarzach linkami do stron firmowych - to nie przejdzie. ;)